Ale czy sama ewolucyjnie wyjaśniona zdolność do abstrakcyjnego myślenia może być nazwana duszą?
Logicznym wydaje się to, że wytworzyliśmy w sobie mechanizm obronny, dzięki któremu tłumaczymy sobie co się z nami dzieje po śmierci. To nadaje pseudo-sens naszemu życiu. Tak samo logicznym jest ukojenie po stracie kogoś bliskiego, wytłumaczone tym, że przecież poszedł do "nieba". A jeżeli faktycznie dzieje się tylko to co ludzie, którzy żyć będą dłużej od nas mogą obserwować?
Trochę kości, skóry, parę tkanek zakopanych w ziemi, poddanych takim samym procesom co ciała zwierząt.
Jeżeli bóg istnieje, dlaczego niby nie zabiera do "nieba" też "duszy" np. psa?
Przecież nie od dzisiaj wiemy, że pies to najlepszy przyjaciel człowieka. Czy tak bóg traktuje swoich przyjaciół? Skoro jesteśmy stworzeni na jego podobieństwo, to czy my sami mamy taki stosunek do naszych przyjaciół? Jeśli tak, to ja się z tego towarzystwa wypisuję, i wolę dzielić los psa.
Co w takim razie po nas zostaje, zakładając że nigdzie nie idziemy?
"Exegi monumentum". To chyba jedyne co możemy zrobić jeśli chcemy, by coś po nas zostało.
Jeśli chcemy mieć życie po życiu.
P.S. Z resztą, czy życie w ciągłym szczęściu jest aż tak wspaniałe, że warto dla niego umierać?
